Dr Monika Goroszewska jest ambasadorką Fillmed Laboratoires, szkoleniowcem i uznaną ekspertką w dziedzinie medycyny estetycznej. Pewna siebie, wie czego chce i zawsze mówi to co myśli. Mieszka i pracuje w Londynie, ale jak mówi o sobie, zawsze będzie dziewczyną z Podlasia. Szczęśliwa, ale bardzo zapracowana mama Gabrysi, Blanki i sześcioletniej Vivien. Kocha tatuaże, piękne buty i szybką jazdę samochodem, a jej pacjentki kochają ją za bezpretensjonalność, ale przede wszystkim profesjonalizm i za to, że w pracy jest stuprocentową perfekcjonistką.
Skąd u ciebie fascynacja medycyną estetyczną? Pamiętasz moment kiedy zdecydowałaś, że chcesz to robić?
To zaczęło się bardzo wcześnie, tak naprawdę jeszcze w czasie stażu po studiach w jednej z białostockich klinik stomatologicznych. Tak się złożyło, że przyjeżdżał tam z Warszawy prof. dr hab. n. med. Józef Jethon, wybitny chirurg plastyk, który na miejscu konsultował pacjentki, operował, a także robił drobne zabiegi z zakresu medycyny estetycznej.
Co cię zachwyciło?
Tak naprawdę wszystko. To z jaką pasją profesor Jethon podchodził do swojego zawodu, ale przede wszystkim niezwykły kontakt z pacjentkami i później ta ich ogromna wdzięczność, te łzy radości w czasie kontroli po zabiegu. I na pewno niezwykłe możliwości współczesnej medycyny, dzięki którym to co było źródłem kompleksów mogło stać się powodem do dumy i dodawać pewności siebie. To było wspaniałe! Pamiętam, że powiedziałam profesorowi, że ja też kiedyś będę robić botoks!
Jak wyglądała twoja dalsza droga zawodowa?
Zaraz po studiach wyjechałam do Londynu, gdzie po nostryfikacji dyplomu zaczęłam pracować jako stomatolog. Ale tak naprawdę ciągle myślałam o medycynie estetycznej i marzyłam o tym, żeby kształcić się w tym kierunku. Nie było to łatwe, ale się udało. Nie wszyscy pamiętają albo wiedzą, że jeszcze 10 lat temu szkolenia dla lekarzy prowadzili wyłącznie wybitni specjaliści, co bardzo podnosiło nie tylko prestiż szkoleń, ale także ich cenę i uzyskanie dyplomu w tamtych czasach wiązało się z dużą inwestycją finansową. Muszę przyznać, że akurat w tym przypadku szkoda, że czasy się zmieniły, a szkolenia z medycyny estetycznej coraz cześciej prowadzą osoby bez jakiegokolwiek wykształcenia medycznego.
Nie zrezygnowałaś ze stomatologii i robisz to równolegle z medycyną estetyczną. Dlaczego?
Na pewno będę leczyć zęby do końca życia, bo to kocham! Zdarzają się okresy, że robię tylko zabiegi medycyny estetycznej i łapię się na tym, że myślę o wierceniu albo grzebaniu w kanałach. Nic na to nie poradzę. Uwielbiam estetykę, ale jednocześnie muszę mieć adrenalinę i nie będę ukrywać, że bardzo kręcą mnie ekstrakcje. Poza tym niejednokrotnie to właśnie stomatologia ratowała mi tyłek, zwłaszcza w czasach wirusa, kiedy w medycynie estetycznej był spory zastój. W stomatologii na szczęście tak się nie zdarza, bo zawsze znajdą się pacjenci z bólem zęba, którzy potrzebują mojej pomocy.
Masz swoje ulubione zabiegi medycyny estetycznej? Co najbardziej lubisz robić?
Na pewno usta. Ich powiększanie i modelowanie fascynowało mnie od zawsze. W tej dziedzinie dużo się dzieje — pojawiają się nowe preparaty, ciekawe techniki i przede wszystkim zmienia się moda. Jeszcze do niedawna wszystkie kobiety chciały mieć takie same przerysowane usta. Teraz modna jest naturalność i lekko zarysowany łuk kupidyna. Przy dzisiejszych technikach podawania wypełniaczy z każdych, nawet najbardziej przeciętnych ust możemy wyczarować coś naprawdę pięknego!
Dużo pracujesz w tygodniu?
Muszę przyznać, że bardzo dużo i na pewno kosztem wychowania dzieci i życia rodzinnego. Pracuję pięć dni w tygodniu i przyjmuję minimum 20 pacjentów dziennie, czyli lecimy na grubo.
To co robisz żeby się zrelaksować?
Dużo czytam. A, że mam szmergla na punkcie anatomii, to są takie miesiące, że siedzę w atlasie codziennie i coś tam sobie analizuję— to może być jakiś konkretny przypadek albo powikłanie. Jak na studiach, wieczorami wyjmuję atlas anatomii i się uczę, a mam w domu chyba wszystkie dostępne na rynku. Tak naprawdę z anatomią jest tak, że ile byś tego nie klepał, to wciąż jest wiele do odkrycia. Oczywiście czytam też jakieś fajne romanse albo polecane bestsellery, ale dobry atlas anatomii zawsze muszę mieć pod ręką. Kocham narty i nie mogę bez nich żyć i przynajmniej 2-3 razy do roku muszę być na stoku. Nie wszyscy wiedzą, że grałam przez 10 lat w piłkę ręczną w Międzyszkolnym Klubie Sportowym Juvenia w Białymstoku i pewnie stąd ta potrzeba ruchu i sportowych emocji, która została mi do dziś. Każde lato spędzamy na Podlasiu, które kocham i do którego zawsze będę wracać.
Wiem, że ty i twoja rodzina bardzo kochacie zwierzęta.
Czasami myślę, że chyba aż za bardzo. Przez nasz dom przeszło całe zoo. Mieliśmy już papugi, świnki morskie, chomiki, króliki. Wszystko co chcesz. Dwa legwany zielone miały w naszym domu specjalny, oddzielny pokój żeby im się dobrze żyło. Ostatnio Gabrysia zamiast nowej jaszczurki sprowadziła dwie tarantule — jedną ogromną, a drugą mniejszą, którą dostała ze sklepu w gratisie. Mamy w domu dwa żółwie, koty i trzy psy— mastifa, sznaucera miniaturkę oraz yorka. Cała ta menażeria oczywiście śpi z nami w łóżku i w związku z tym myślimy o kupieniu kolejnego, jeszcze większego. Czasami myślę, że to nie jest normalne, ale my naprawdę bardzo kochamy te wszystkie stworzenia i nie wyobrażamy sobie bez nich życia.
ROZMAWIAŁ Tomek Kocewiak

fot. materiały prasowe
TAKE CARE
/
10.11.20
Ambasadorzy FILLMED. Poznajmy się!
TAKE CARE
/
10.11.20