Dr Maciej Lichaj jest absolwentem Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, Specjalistą Anestozjologii i Intensywnej Terapii oraz Ambasadorem FILLMED. Ukończył Podyplomową Szkolę Medycyny Estetycznej w Warszawie, jest członkiem Sekcji Medycyny Estetycznej Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, UIME (Union Internationale de Medicine Esthetique – Międzynarodowego Stowarzyszenia Medycyny Estetycznej) oraz Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii. Dr Maciej Lichaj specjalizuje się w medycynie estetycznej od 2003 roku i od tego czasu wykonuje między innymi zabiegi odchudzające, korekcje zmarszczek oraz inne zabiegi na twarz i ciało, w tym usuwanie blizn i rozstępów. Ambasador FILLMED prowadzi również szkolenia w zakresie technik modelowania twarzy kwasem hialuronowym, mezoterapii oraz kwasu L-polimlekowego, a także posiada bogate doświadczenie w korekcji, modelowaniu i biorewitalizacji twarzy z użyciem kwasu hialuronowego oraz toksyny botulinowej. Swoje długoletnie doświadczenie regularnie wzbogaca licznymi kursami i konferencjami w Polsce i za granicą.
Od zawsze wiedziałeś, że będziesz studiować medycynę?
W sumie nie raz się nad tym zastanawiałem skąd taka decyzja, ale kiedy wybierałem w liceum profil biologiczno-chemiczny, to już z myślą o studiach medycznych. Mimo, że moja mama jest psychiatrą, a tata był ginekologiem, to nigdy nie czułem jakiejś dużej presji z ich strony, choć nie da się ukryć, że kontakt z medycyną miałem od dziecka. Ostatnio nawet się śmiałem ze znajomymi z Kościana, że jesteśmy patologicznym pokoleniem dzieci szpitala. W tamtych czasach rzadko kogo było stać na opiekunkę do dziecka i jak rodzicie mieli dyżur to często zabierali dzieciaki ze sobą do szpitala. Nie dotyczyło to tylko lekarzy, bo pielęgniarki były w takiej samej sytuacji. I tak nas sadzali w dyżurce pielęgniarskiej z blokiem rysunkowym, a jak już nie było co narysować, to dostawaliśmy strzykawki i maseczki. I myślę, że coś z tego w niektórych z nas zostało.
Jesteś anestezjologiem, skąd pomysł na medycynę estetyczną?
To czysty przypadek. Tego nie wymyśliłby nawet Steven Spielberg. Jako młody lekarz pracowałem na prawie trzech etatach i nie wiedziałem już w co ręce włożyć, a moja ówczesna żona była akurat bez pracy. Ustaliliśmy, że się za czymś rozejrzy. Skutek tych poszukiwań był taki, że małżonka wręczyła mi wycięte z gazety ogłoszenie, które mam zresztą do dzisiaj, o dodatkowej pracy dla lekarzy chirurgów, dermatologów i anestezjologów. Co miałem robić? Zadzwoniłem, umówiłem się i poszedłem na spotkanie. Na początku myślałem, że to jakaś pomyłka, bo kobieta z zapałem opowiadała mi o wehikułach czasu i toksynie botulinowej, która w tamtych czasach nawet lekarzowi nie kojarzyła się z wygładzaniem zmarszczek. Ostatecznie okazało się, że chodziło o zabiegówkę i dostałem propozycję wyjazdu do Warszawy na szkolenie pod okiem doświadczonego lekarza. Pojechałem. To było 20 lat temu.
Jednak ostatecznie estetyka nie wygrała, bo wciąż jesteś czynnym anestezjologiem?
Medycyna estetyczna jest wspaniała, ale nic w moim życiu nie zastąpi anestezjologii i intensywnej terapii. Gdybym miałem robić zabiegi medycyny estetycznej od rana do wieczora, przez 5 dni w tygodniu, to chyba bym się zanudził. Już na drugim roku medycyny zacząłem pracować w pogotowiu ratunkowym gdzie w większości miałem do czynienia z anestezjologami. Dzięki temu zrozumiałem, że to właśnie anestezja jest moja, a nie ginekologia i położnictwo, jak myślałem na początku studiów. Interwencje w mieszkaniach i na szosie, zatrzymania krążenia, zawały serca. To mnie całkowicie pochłonęło. Akurat jako młody lekarz miałem to szczęście, że pracowałem z bardzo fajnymi i opanowanymi ludźmi. Nigdy nie widziałem u nich napadów paniki, żadnego chaosu, tylko metodyczne działanie krok po kroku. I chyba właśnie to najbardziej mi zaimponowało.
Na czym w sumie polega ta specjalizacja?
Wśród anestezjologów jest popularne powiedzenie, że jak trwoga to po anestezjologa. Pewnie nikt z nas nie jest alfą i omegą, ale kiedy inne konwencjonalne środki nie działają dzwonią po nas jak po ostatnią deskę ratunku. Anestezjologia to dwa w jednym — znieczulanie, prowadzenie i dbanie o bezpieczeństwo pacjenta w trakcie zabiegu chirurgicznego oraz praca na oddziale intensywnej terapii, gdzie mamy do czynienia z najcięższymi przypadkami i gdzie często chodzi o potrzymanie człowieka przy życiu. Pamiętam, że pod koniec specjalizacji, przed egzaminem, musiałem zabrać młodszych kolegów na reanimację. Jeden z nich, dziś zresztą bardzo dobry anestezjolog, zapytał mnie skąd biorę swój spokój i opanowanie. Ta specjalizacja na pewno uczy lekarza, że musi swój strach i lęk przekłuć w działanie i myślenie, bo tylko wtedy pacjent ma szansę. Jeżeli pokonają cię strach i lęk to jest bardziej niż pewne, że pacjent nie przeżyje. Stąd często starsi koledzy anestezjolodzy poddają młodego lekarza silnej presji i sprawdzają czy pęknie, bo w anestezjologii zawsze przychodzi moment, że wszystko się wali i człowiek jest pod ogromną presją.
Przez wielu lekarzy wciąż jesteś kojarzony ze złotymi nićmi, które są w Polsce owiane złą sławą.
Przez złote nici prawie nie dopuszczono mnie do egzaminu w podyplomowej szkole medycyny estetycznej dr Andrzeja Ignaciuka. Tak się niefortunnie złożyło, że produkt ten trafił w Polsce w bardzo złe ręce i od początku wzbudzał ogromne kontrowersje. Muszę powiedzieć, że własnoręcznie wykonałem tysiące zabiegów implantacji nici z czystego, 24-karatowego złota i moim zdaniem ten zabieg daje bardzo dobre efekty. Ostatecznie występowałem na kongresach dr Ignaciuka, bo radzie naukowej udowodniłem, że jest to po prostu jeden z dostępnych zabiegów medycyny estetycznej i tyle. Potem pojawiło się oczywiście wiele innych nici, które okazały się nieporównywalnie tańsze i naprawdę dużo lepsze. Nie zmienia to faktu, że złote nici zakładałem z powodzeniem przez 10 lat w Azji.
Dlaczego akurat tam?
W wyniku kolejnego splotu zbiegów okoliczności w pewnym momencie byłem jedyną osobą na świecie, która znała technikę implantacji złotych nici amerykańskiego producenta. I na jego prośbę, mimo, że byłem w trakcie egazminów specjalizacyjnych z anestezjologii, wsiadłem w samolot i poleciałem do Bangkoku. Początkowo spędzałem dwa tygodnie w Azji i kolejne dwa tygodnie w Polsce, ale to się nie sprawdziło na dłuższą metę, bo byłem tak wyczerpany, że już nie wiedziałem kiedy mam jetlag. Ostatecznie tak sobie wszystko poukładałem, żeby przez 3 tygodnie w miesiącu być w Polsce. Dzięki temu rozwijałem też swoją praktykę lekarską tutaj na miejscu. Wciąż czuję się silnie związany z Tajlandią i Malezją i muszę przyznać, że bardzo tęsknię za Azją.
Co Cię w niej urzekło?
Na pewno buddyzm i kultura Tajów oraz ich niewyobrażalny luz. Czy wiesz, że oni mają aż 7 rodzajów uśmiechu i Taj nawet kiedy jest bardzo zdenerwowany to się uśmiecha? W Tajlandii jest tak, że jak zaczynasz się denerwować, pokazujesz złość albo agresję to u nich przegrywasz i tracisz szacunek. Na początku to było dla mnie bardzo trudne. Zdarzało się, że zaczynałem dzień pracy w klinice o godzinie 9 i miałem wpisane tylko dwie konsultacje, każda po 45 minut. Po takiej konsultacji czekam i czekam, bo w sumie nie wiem czy będę dzisiaj robić ten zabieg czy nie. A tu okazuje się, że pacjentka poczuła się zmęczona i zasnęła na kanapie w poczekalni, a jej służąca siedzi obok i pilnuje, żeby nikt nie zakłócał jej spokoju. Po godzinnej drzemce i zjedzeniu lunchu pacjentka ostatecznie zdecydowała się na zabieg, ale dopiero następnego dnia rano. U nas w Polsce to by się nie udało i na pewno skończyło awanturą. Zauważyłem, że tego spokoju i cierpliwości można się nauczyć, ale po dwuletniej przerwie spowodowanej pandemią znowu wpadłem w polski wir i znowu dużo szybciej się irytuję. Chyba najwyższy czas wrócić do Malezji i Tajlandii. Tęsknię za buddyjskimi świątyniami i kuchnią azjatycką, którą uwielbiam. Podoba mi się, że potrawy serwowane jest na półmiskach i wszyscy nabierają sobie jedzenie pałeczkami na talerz, rozmawiają i miło spędzają czas w przyjaznej atmosferze. I choć przez te wszystkie lata udało mi się nawet znaleźć w Poznaniu dwie restauracje, które serwują potrawy zbliżone do kuchni znanej mi z Azji, to już nie mogę się doczekać, aż znowu tam wrócę.
ROZMAWIAŁ Tomek Kocewiak

fot. materiały prasowe
TAKE CARE
/
11.05.22
Ambasadorzy Fillmed. Poznajmy się!
TAKE CARE
/
11.05.22