Ambasadorzy Fillmed. Poznajmy się!
fot. materiały prasowe

TAKE CARE

/

13.01.22

Ambasadorzy Fillmed. Poznajmy się!

TAKE CARE

/

13.01.22

Ambasadorzy Fillmed. Poznajmy się!

Dr Jolanta Wypler jest ambasadorką Fillmed Polska oraz lekarzem medycyny estetycznej i członkiem Sekcji Medycyny Estetycznej Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. Absolwentka Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie oraz Podyplomowej Szkoły Medycyny Estetycznej Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. Specjalizuje się w zabiegach z użyciem kwasu hialuronowego, takich jak kompleksowe modelowanie i korekta kształtu twarzy, a także zabiegach likwidacji zmarszczek toksyną botulinową oraz zaawansowanych procedurach laserowych. Dr Jolanta Wypler jest znanym i cenionym szkoleniowcem chętnie prowadzącym wykłady i zajęcia praktyczne dla lekarzy. Najczęściej można spotkać ją podczas prowadzenia szkoleń z zakresu zastosowania różnych technik wykorzystywanych w medycynie estetycznej do opracowania trudnej okolicy oka oraz zaawansowanych technik odmładzania twarzy przy użyciu kwasu hialuronowego i toksyny botulinowej. Doktor Wypler systematycznie bierze udział w specjalistycznych szkoleniach i konferencjach dotyczących nowych metod oraz preparatów wykorzystywanych w medycynie estetycznej.

Skąd pomysł, żeby zostać lekarzem?
Jako dziecko często chorowałam na zapalenia płuc i tak się niefortunnie zdarzyło, że jedno z nich skończyło się w szpitalu na oddziale pediatrycznym. Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobili na mnie lekarze osłuchujący pacjentów i pielęgniarki robiące wkłucia dożylne. Jak wychodziłam ze szpitala dostałam od pielęgniarek pustą butelkę po kroplówce, a do tego rurki, igły i strzykawki. Jak tylko wróciłam do domu to mimo, że od dawna nie bawiłam się już misiami, postanowiłam założyć im wkłucia dożylne i podłączyć pod kroplówkę. W tym celu zatemperowałam wszystkie kredki, żeby kolorowymi opiłkami zabarwić wodę, którą napełniłam butelkę i zabrałam się za kłucie biednych miśków, które w efekcie tak napompowałam wodą, że potem musiały się suszyć nad wanną. 

Pamiętasz ile miałaś wtedy lat?
Na lekcjach języka polskiego przerabialiśmy wtedy w „Pustyni i w puszczy", czyli musiała to być czwarta albo piątka klasa podstawówki. Pamiętam, że zanim trafiłam do szpitala chciałam zostać nauczycielką historii, bo moja pani od historii miała szczególny dar opowiadania o wydarzeniach historycznych. Na lekcjach z nią było tak jakby malowała obrazy, a ja widziałam te wszystkie wyjątkowe sceny i bitwy. Jednak ostatecznie marzenie o byciu lekarzem zwyciężyło. Później, już w liceum, wybrałam profil biologiczno-chemiczny i od tego momentu nie miałam wątpliwości co chcę robić w życiu, a że zawsze dobrze się uczyłam to potem nie miałam problemów z dostaniem się na Akademię Medyczną.

Na studiach wiedziałaś jaką specjalizację chcesz wybrać?
Zawsze chciałam być taką Doktor Quinn i robić wszystko — pomagać dorosłym i dzieciom, a jak trzeba to nawet zrobić mały zabieg chirurgiczny. Od zawsze pociągała mnie taka prawdziwa medycyna i praca u podstaw. Dlatego początkowo myślałam o internie, ale mniej więcej na 3. roku zafascynowałam się ginekologią. I choć na studiach działałam w kołach ginekologicznych i jeździłam na obozy naukowe, to los sprawił, że ostatecznie nie zostałam ginekolożką tylko lekarką medycyny rodzinnej. 

Skąd ten wybór?
Poznałam świetną lekarkę od medycyny rodzinnej, która nie tylko leczyła, ale też bardzo troszczyła się o swoich pacjentów. Taki sposób myślenia o medycynie był mi od zawsze bliski, dlatego z nieukrywaną radością poszłam na ten staż, zwłaszcza, że rezydentura z medycyny rodzinnej dawała mi też etat. Choć przez całe studia byłam bardzo dobra studentką i zawsze miałam stypendia naukowe, to w pewnym momencie to się skończyło i trzeba było pomyśleć o stabilizacji życiowej, zwłaszcza, że urodziłam swojego pierwszego syna. Poza tym zrozumiałam, że praca przy specjalizacjach zabiegowych wiąże się z koniecznością dyżurowania. A ja nie chciałam brać dyżurów i nocować w szpitalu. Podobało mi się, że po skończonej pracy zamykałam gabinet, wracałam do domu i mogłam zająć się życiem rodzinnym, które zawsze było dla mnie bardzo ważne.

Pamiętasz swój pierwszy dzień w pracy?
Nigdy go nie zapomnę. Kolejno w moim gabinecie pojawiali się pacjenci — jeden z bólem nogi, drugi z raną, trzeci z bólem w klatce piersiowej, a na koniec pacjentka z infekcją. Od razu zostałam wrzucona na głęboką wodę i musiałam sobie radzić z pełnym przekrojem chorób. Pamiętam, że po całym dniu pracy w przychodni wracałam do domu i dużo się douczałam, żeby jak najlepiej pomagać pacjentom. W sumie dość szybko wsiąkłam w medycynę rodzinną. Bezpośredni kontakt z pacjentem, który wracał zdrowy i zadowolony, to było coś wspaniałego! To sprawiło, że dość szybko zapomniałam o ginekologii. 

Wiem, że masz dwóch synów. Myślisz, że pójdą w twoje ślady i będą lekarzami?
Mikołaj ma już 16 lat i jest taki jak ja. Dostał się do bardzo dobrego liceum i chce zostać lekarzem. Marzy o jeżdżeniu w karetce, pracy na SOR-ze, ewentualnie chirurgii. Natomiast mój młodszy syn, dwunastoletni Konstanty, jest wyjątkowym oryginałem. Zapytał mnie ostatnio, czy się nie obrażę jak nie zostanie lekarzem, bo chce być mermykologiem, czyli badaczem mrówek albo pójść na weterynarię i leczyć zwierzęta. 

Kiedy w twoim życiu zawodowym pojawiła się medycyna estetyczna?
Mniej więcej po roku pracy w przychodni zaczęło mi trochę brakować zabiegówki i tak się złożyło, że znalazłam ogłoszenie w prasie branżowej o Podyplomowej Szkole Medycyny Estetycznej Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, którą otworzył dr Andrzej Ignaciuk. W 2007 roku medycyna estetyczna wciąż była w Polsce nowością, ale po krótkim namyśle, razem z koleżanką złożyłyśmy papiery i zostałyśmy przyjęte, co wtedy wcale nie było łatwe. W tamtym czasie bardzo intensywnie się kształciłam i wciąż jeździłam na szkolenia z medycyny estetycznej na które musiałam zarabiać medycyną rodzinną. Już podczas kształcenia w szkole Doktora Ignaciuka zaczęłyśmy wspólnie z koleżanką przyjmować pacjentów w małym wynajętym gabinecie w centrum stomatologicznym, a z czasem każda z nas otworzyła własny gabinet z prawdziwego zdarzenia. Na początku to na pewno była wielka pasja, ale i ogromna inwestycja.

Ostatecznie porzuciłaś medycynę rodzinną?
Tak. Przez wiele lat łączyłam jedno i drugie, ale w pewnym momencie okazało się, że cierpi na tym moja rodzina, bo za dużo czasu spędzałam w pracy. Tak naprawdę dopiero kilka lata temu wycofałam się z medycyny rodzinnej na dobre, ale wiedza i doświadczenie które zdobywałam przez lata, pomagają mi bardzo do dzisiaj. Wiem jak sobie radzić w różnych trudnych sytuacjach i na pewno mam dużą wiedzę, która ułatwia mi przeprowadzenie wywiadu medycznego i zakwalifikowanie pacjenta do odpowiedniego zabiegu.

Masz swoje ulubione zabiegi medycyny estetycznej?
Podobno robię ładne, nieprzerysowane usta i faktycznie modelowanie ust sprawia mi ogromną przyjemność. Szczególnie wtedy gdy pacjentka wychodzi z mojego gabinetu z ładnie zrobionymi usta, czyli takimi, które wyglądają naturalnie i harmonizują z jej urodą. Uwielbiam też mezoterapię za jej naturalne efekty oraz zabiegi rewitalizujące skórę. Moim zdaniem to podstawa dbania o siebie i znakomita profilaktyka przeciwstarzeniowa. Mam bardzo dobre efekty jeśli chodzi o niechirurgiczny lifting twarzy za pomocą ultradźwięków HIFU. Wynika to z mojego wieloletniego doświadczenia, które pozwoliło mi na stworzenie autorskich procedur zabiegowych, dających spektakularne efekty poprawy napięcia skóry i odmłodzenia twarzy. 

Co sprawia, że pacjentki wracają do ciebie na kolejne zabiegi?
Każdą z nich traktuję bardzo indywidualnie i przede wszystkim uważnie jej słucham, a potem dobieram odpowiedni zabieg o którym lubię wyczerpująco opowiedzieć. Dzięki temu pacjentka czuje się bezpiecznie i może mi zaufać, a ja dobrze wykonać swoją pracę. Potwierdzają to opinie pacjentów na portalu znanylekarz.pl. Przyznam, że czytam każdą z nich, choć nie zawsze na każdą odpisuję. Dla mnie to ogromna satysfakcja, bo w każdy zabieg wkładam całe swoje serce i wszystkie umiejętności. Cieszy mnie, że pacjentki dostrzegają i doceniają moje wielkie zaangażowanie. Z tymi, które znam najdłużej mam bardzo bliskie relacje i wspólnie darzymy się ogromnym zaufaniem. Jest trochę tak, że jak coś się zmienia w moim życiu i na przykład zaczynam się uczyć jazdy na nartach albo gry w tenisa, to pacjentki polecają mi najlepszego trenera i zawsze mi kibicują.

Dużo się ruszasz?
Wydaje mi się, że teraz za mało, ale zdarzało mi się intensywnie trenować kilka razy w tygodniu. Pierwszy był crossfit. Na początku nie umiałam zrobić wypadu, a potem bez problemu wskakiwałam na metrowe skrzynie, choć samej trudno było mi uwierzyć, że potrafię to zrobić. Później były narty i ostatnio tenis. Schemat w obu przypadkach był podobny: chciałam, żeby moi synowie nauczyli się uprawiać jakiś sport, a efekt tego był taki, że to ja potem chodziłam na treningi. Tak było z tenisem. Czekałam na dzieci i pomyślałam, że przy okazji sobie poćwiczę, zwłaszcza że zaproponowano mi lekcję pokazową. Trener trafił w mój czuły punkt, bo powiedział, że jestem urodzona do tenisa i gdybym zaczęła trenować w dzieciństwie to byłabym drugą Radwańską. No cóż, tak się wciągnęłam, że potem byłam na korcie przynajmniej 2-3 razy w tygodniu. Ostatecznie trener przyznał się, że tak naprawdę zawsze daleko mi było do Radwańskiej i że teraz każdemu tak się mówi, ale oczywiście wybaczyłam mu to kłamstwo, bo dzięki niemu odkryłam swoją nową pasję i zaczęłam się ruszać. Czasami trener chce żebym poćwiczyła samą technikę, ale ja zdecydowanie wolę grać na punkty. Taka już jestem, że jak gram to zawsze na serio i po to, żeby wygrać!

A podróże? Jak spędzasz wakacje?
To moja wielka pasja! Uwielbiam podróżować i nawet zdarza mi się słyszeć uwagi od najbliższych, że ciągle jestem na urlopie. Wszystkie moje pacjentki wiedzą, że co roku w listopadzie Doktor Wypler wyjeżdża na krótkie wakacje. To już taka tradycja, że zawsze w okolicach 1 listopada razem z przyjaciółkami ze studiów lecimy w jakieś miłe, ciepłe i słoneczne miejsce, żeby odpocząć i pogadać. Każda z nas ma trochę inną specjalizację, ale prawie wcale nie rozmawiamy o pacjentach. Gadamy głównie o własnych dzieciach i o życiu, ale lata mijają i jak zauważyła moja koleżanka, ostatnio coraz częściej narzekamy na to co nas boli. Śmiejemy się, że jak tak dalej pójdzie to za 20 lat będziemy się ścigać na naszych balkonikach i wózkach. Poza tym lubię nawet krótkie wyjazdy, niekoniecznie bardzo daleko. Moim ostatnim odkryciem jest Rzym, który mnie naprawdę oczarował! I chociaż staram się nie wracać w te same miejsca, to wiem, że to miasto odwiedzę jeszcze wiele razy.

ROZMAWIAŁ Tomek Kocewiak